wtorek, 19 sierpnia 2008

Historia Coco'






Wywiad udzielony, aby opowiedzieć o tym, co nam się przydarzyło i czego jeszcze Wam nie opowiedziałem.

Claudio Pisani.

Lauria, jesień 1998 rok.


Lauria położona jest między górami parku Pollino, niedaleko od śniegów Sirino i zachwycającego swym pięknem morza Maratea. Tamtejsza ludność nie wyszła jeszcze z szoku wywołanego wrześniowym trzęsieniem ziemi. Niektóre drogi są zamknięte z powodu ryzyka osunięcia ziemi, jednak nasz przyjaciel, dr Claudio Pisani, nie wydaje się tym przejęty.
-Co najwyżej obawiam się o żonę i córkę - wyznaje. - Nie postępowały one ze mną na drodze rozwoju duchowego. Tak wiele czytałem o śmierci, czy raczej "przejściu między wymiarami", że nie boję się tego, jak kiedyś.
Zapowiada się długa historia, więc siadamy wygodnie w salonie, przy kominku. Na zewnątrz jest zimno, w okolicznych górach spadł już śnieg

Dziennikarz: Dr Pisani, jak godzi pan zainteresowanie parapsychologią z praktyką lekarską?

Pisani: Przede wszystkim mówmy sobie po imieniu. Nie podobają mi się tytuły uniwersyteckie, gdyż wszyscy jesteśmy duchami wcielonymi na krótki czas w tym wymiarze fizycznym. Nasza wiedza wykracza daleko za tę, którą określają tytuły naukowe, poza tym wobec Boga jesteśmy wszyscy równie godni szacunku. Aby odpowiedzieć na Twoje pytanie muszę cofnąć się pamięcią do okresu dzieciństwa, dlatego postaram się być jak najbardziej zwięzły. Kiedy miałem 5 lub 6 lat, bardzo się przestraszyłem, słysząc od mojej matki o 3 Tajemnicy Fatimskiej. Lęk przed zbliżającym się końcem świata pozostał ukryty gdzieś w mojej podświadomości i powrócił w czasach "niedoszłej 3 wojny światowej" związanej z kryzysem rakietowym na Kubie. Wydawało mi się, że najbardziej prawdopodobną przyczyną ogólnoświatowej zagłady jest wojna nuklearna. Lubiłem wówczas czytać książki fantastyczno - naukowe, dlatego wiedziałem czym jest broń nuklearna i jakie skutki przynieść może jej użycie - stąd brało się moje przerażenie.
Pamiętam, że przez dwa lub trzy dni nieustannie się modliłem. Byłem bardzo szczęśliwy i poczułem ogromną ulgę (podobnie jak wszyscy inni), kiedy doszło do nieoczekiwanego, pozytywnego zakończenia kryzysu. Jednak myśl o śmierci nie opuściła mnie nawet w okresie dojrzewania. Kiedy miałem 18 lat zmarła ukochana ciocia Maria, jedyna siostra mojej mamy, do której byłem bardzo przywiązany. płakałem przez całe nabożeństwo pogrzebowe i jeszcze wiele dni po nim. To wówczas zacząłem myśleć, że jeśli duch żyje po śmierci ciała, to musi istnieć sposób, by nawiązać kontakt z naszymi drogimi zmarłymi. Ale jak to zrobić? Jasnowidze nie budzili we mnie dużego zaufania, być może dlatego, że mój ojciec zawsze był pozytywistą (on tez był lekarzem) i z trudem akceptował praktyki religijne, oraz wszystko, co wiązało się z światem pozagrobowym. Oczywiście nie mogłem porozmawiać z nim o parapsychologii i doświadczeniach związanych z zaświatami. Tego samego roku zapisałem się na wydział medycyny uniwersytetu w Rzymie, gdzie poznałem swoją żonę Francescę, oraz wielu przyjaciół. Czasami czytałem coś na tematy ezoteryczne, ale nie miałem przekonania do śmiesznych magów, jasnowidzów, czy horoskopów: moja naukowa mentalność nie mogła potraktować poważnie szarlatanów, mimo że sam temat fascynował mnie i pobudzał moją wyobraźnię.
Poza tym, w latach '70 nie było poważnych badań w dziedzinie ESP: to był dopiero początek i nikt nie myślał o zastosowaniu metody naukowej w badaniu seansów spirytystycznych, czy działalności jasnowidzów; nie istniała również poświęcona temu tematowi, a jednocześnie szeroko dostępna prasa. W każdym razie do dziś jestem przekonany, że niektóre osoby nas oszukują: absolutnie nie wierzę w horoskopy, magów, satanistyczne sekty itp. Duchowość to zupełnie inna sprawa. Potem był doktorat, ślub, na świat przyszła pierwsza córka - nic dziwnego, że zapomniałem o zjawiskach paranormalnych. Aż pewnej nocy przyśniło mi się, że umarłem. Zobaczyłem ciemny tunel, na którego końcu dostrzegłem silne światło, po czym nagle się obudziłem. O wszystkim zapomniałem do czasu, aż pewnego dnia w moje ręce wpadła książka dr Moody'ego. "O kurcze - pomyślałem - kolega po fachu, który zajmuje się ESP. Ciekawe, co ma do powiedzenia!" Początkowo czytałem ze sceptycyzmem, potem dałem się całkowicie wciągnąć, ale nie poszedłem dalej, poza kupienie kolejnej jego książki. W tamtym okresie zbyt trudno było mi uwierzyć w tego rodzaju rzeczy.

D: Przepraszam, ale chcesz powiedzieć, że pozostałeś sceptykiem, mimo, iz widziałeś we śnie tunel opisany przez Moody'ego dużo wcześniej zanim przeczytałeś jego książkę?

P: I tak, i nie... po prostu nie interesowało mnie to, jak istnienie UFO czy Atlantydy (przeczytałem wszystkie książki Petera Kolosimo). Wiesz, zawsze wszystkim się interesowałem. Wydaje mi się, że mam mentalność otwartą, nie jestem fundamentalistą religijnym, politycznym, ani naukowym; zawsze pozostawiam sobie otwarte wszystkie drogi poznania. Myślę, że ciekawość jest wielkim motorem napędowym w ewolucji; zwierzęta również są ciekawe: widziałeś jak zachowuje się kot, kiedy wchodzi do domu - na początku zwiedza go od piwnicy po dach.

D: Zatrzymaliśmy się na roku....
P: Powiedzmy w latach '80. W 1988 roku urodził się Nicola. Nie trudno wyobrazić sobie z jaką radością został przyjęty, po tylu latach oczekiwania. Mimo, że był wcześniakiem, szybko stał się ruchliwy i miał duży apetyt. Kochane dziecko rozpieszczane przez nas, dziadków i wujów, ci ostatni w tamtym okresie byli kawalerami. Nicola rósł prawidłowo; był silny i zdrowy; poza zwykłymi chorobami dziecięcymi, przez 3 lata jego zdrowie było bez zarzutu. Przyszło lato i jesień 1991 roku. 16 września Coco' (nazywaliśmy go tak, od kiedy ukończył 2 lata) zaczął mieć dziwne problemy ze zdrowiem: nie mógł do końca opróżnić pęcherza moczowego i bardzo często oddawał mocz. Nie bolało go, nie narzekał na pieczenie: to musiało być banalne zapalenia pęcherza moczowego... Myślałem, że to była jakaś wada budowy czy problemy neurologiczne. Zawiozłem go do szpitala na echografię i tam poznałem straszliwą prawdę: między prostatą a pęcherzem moczowym w jego ciele znajdował się duży nowotwór! Następnego dnia pojechaliśmy do Rzymu: nie ma co opowiadać wszystkiego szczegółowo - Coco' przeszedł Golgotę wszystkich chorych na raka: echografia, chemioterapia, analizy, bardzo bolesne operacje. Pierwsza z nich konieczna była dla wykonania biopsji. Kilka dni po tym zabiegu zadzwoniłem, jak zwykle do domu, gdzie przenieśli się moi teściowie, aby zająć się naszą córką Lydią i kierować moich pacjentów do zastępującego mnie kolegi.
Mój teść odpowiedział wstrząśnięty. Nie mógł znaleźć słów, by opowiedzieć mi, co przytrafiło się jego żonie kilka godzin wcześniej... Ostatecznie zrozumiałem, że moja teściowa i jej przyjaciółka, wracając z kościoła, gdzie odmówiły różaniec, widziały jak brama mojego domu (bardzo ciężka, żelazna, pozbawiona mechanizmów otwierających) otworzyła się sama, silne światło oświetliło sień, następnie brama zamknęła się sama, podczas gdy światło zgasło. -Skleroza - mruknąłem przez zaciśnięte zęby i uznałem cały epizod za głupotę. Miałem dużo ważniejsze sprawy na głowie. W szpitalu zastałem poruszoną żonę, która oświadczyła: - To dobry znak! Bóg wysłuchał nasze modlitwy! - Szczęśliwa, że w to wierzy - pomyślałem wówczas. Następnego dnia uradowany ordynator wszedł do sali: wyniki biopsji pozwalały żywiś nadzieje na wyzdrowienie Coco' - nowotwór nie należał do najbardziej złośliwych i istniały duże szanse, że uda się go zredukować za pomocą chemioterapii. Wówczas ostateczny zabieg rozwiązałby problem. Nie chciałem mu wierzyć: to było zbyt piękne, aby było prawdziwe! A może teściowa miała rację, mówiąc o cudzie?
D: Przepraszam, że Ci przerywam, ale czy Twoja teściowa przypisała ten "znak" komuś konkretnemu: świętemu, Maryi?
P: Moja teściowa modliła się do błogosławionego Domenica Lentiniego, świętego kapłana, który żył tu, w Laurii na przełomie XVIII i XIX wieku. Przyjęliśmy jej wyjaśnienia i zaczęliśmy wierzyć w pomoc błogosławionego księdza. Wielu mieszkańców Laurii uczestniczyło w modlitewnym czuwaniu, wszyscy chcieli, aby mój syn ocalał...

D: Mów dalej, to bardzo ciekawe.

P: Zapomniałem Ci powiedzieć, że 15 dni przed badaniami symptomatologicznymi, jedna osoba z mojej rodziny miała koszmar: o świcie "przyśniła" jej się ciocia Maria. Stała przy jej łóżku i w pewnej chwili chwyciła śpiącą za ramię, wywołując w niej silne wrażenie chłodu i zrozumiałe przerażenie. Co ciocia chciała przekazać, zakładając, że to nie był jedynie koszmarny sen? Wówczas nie zastanawiałem się nad tym.

D: Niestety, po kilku tygodniach dziecko zachorowało...

P: Tak, teraz wiemy, że ciocia przyszła nas ostrzec przed niebezpieczeństwem, ale lęk członka naszej rodziny przeszkodził w przekazaniu nam czegoś więcej, jak tylko zwykłą, niejasną zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Dopiero dużo później przypomnieliśmy sobie o tym wydarzeniu. Sprawa bardzo mnie zaciekawiła, ponieważ moja teściowa czuła przez krótki czas intensywny zapach kwiatów tuż przed każdą analizą, czy echografią, jakim poddawano dziecko podczas chemioterapii. Coraz częściej mówiła nam, że docierał do niej zapach kwiatów księdza Domenico, jednocześnie wyniki badań okazywały się coraz bardziej pocieszające, aż wreszcie technicy nie mogli dostrzec nawet śladu nowotworu. Do końcowego zabiegu podeszliśmy pełni wiary i niemal pewności, że się powiedzie; i wydawało się, że tak właśnie było. Nicola wyzdrowiał, chociaż musieliśmy poczekać (i kontrolować) jeszcze 5 lat, aby się upewnić.
Tymczasem po roku spokoju, choroba wróciła w wersji jeszcze bardziej agresywnej niż poprzednio. Nie chcę wspominać tamtych strasznych dni. powiem tylko, że nasza wcześniejsza wiara została bardzo zachwiana, potem odrodziła się wraz z nadzieją, którą nosiliśmy w sercach, aż do ostatniego dnia ziemskiego życia Coco'. Bardzo nam to pomogło wytrwać do końca, do 22 kwietnia 1994 roku, kiedy to o godzinie 22:10 nasz Coco' zasnął w ramionach śmierci. Następnego dnia, osłupieni i odrzucający realność tego, co się stało, stojąc przed małą, białą trumienką, otoczeni cierpieniem całego miasteczka, przeklęliśmy Boga za to, ze nas oszukał. Przeklęliśmy Go również w jego kościele pod wezwaniem świętego, którego nasz syn nosił imię, i któremu go zawierzyliśmy: św. Mikołaja. Nadeszły miesiące pustki i ciemności; czułem się martwy w środku, ale przecież mieliśmy córkę, którą należało się zająć, była praca i wszystkie małe codzienne problemy. Jakoś nam szło; staraliśmy się nie płakać w obecności Lydii, która nie chciała więcej mówić o utraconym braciszku; nawet spędziliśmy wakacje nad morzem.
Potem jedna osoba w rodzinie zaczęła skarżyć się na niepokojące problemy z trawieniem. Rok po odejściu Coco' kłopoty zaczynały się na nowo. Być może był to rak wątroby... Zebrałem się w sobie i udałem się z M. do szpitala. Na szczęście rak nie był złośliwy, ale należało niezwłocznie operować, gdyż był bardzo duży. Pojechałem z M. i jej mężem do Rzymu; chodziłem tymi samymi ulicami, co wówczas, gdy chorował Coco'; to był ten sam szpital, w którym Coco' miał radioterapię; w tym samym hotelu mieszkaliśmy miesiącami... Moje serce krwawiło, ale musiałem to zrobić, musiałem się przezwyciężyć... Dzień przed moim wyjazdem, ktoś z rodziny doświadczył obecności Coco' na naszym łóżku, poczuł jego ciężar i zapach. Tym razem osoba ta nie przestraszyła się, a ja nie byłem już tak sceptyczny, jak niegdyś: być może był to znak, że Coco' jest blisko nas! Kilka dni później, kiedy byłem w Rzymie, ktoś inny słyszał wieczorem dźwięki elektrycznego pianina; brzmiało to tak, jakby grało sześcioletnie dziecko: stonowane dźwięki, pomylone akordy - właśnie tak grał Coco'. Pianino leżało wyłączone na szafie. Kto inny jak nie on mógł grać na nim w tak charakterystyczny sposób o 4 nad ranem?. Następnego dnia operacja przebiegła bardzo dobrze i nasza krewna została po tygodniu wypisana ze szpitala, mimo, że usunięto jej połowę wątroby. Nicola był do niej bardzo przywiązany i z pewnością dawał nam do zrozumienia, że wszystko pójdzie dobrze. Trochę zachęceni tymi znakami (ja coraz częściej czułem jego kwiatowy zapach), zaczęliśmy lepiej żyć, przyzwyczajając się do cierpienia wynikającego z braku jego obecności fizycznej. Nigdy nie wyzdrowiejemy do końca, ale nasze rany krwawiły mniej dzięki tym małym "bandażom" wysłanym nam przez Coco'.

D: Czyli te znaki pomogły wam odnaleźć chęć do życia?

P: Tak, bardzo, podczas jego choroby i po niej. Ale musieliśmy zadać sobie następujące pytanie: jeśli Nicola wysyłał nam znaki po swojej śmierci, to kto wysyłał nam je wcześniej? Pytanie zdawało się być bez odpowiedzi, aż w październiku 1996 roku połączyłem się z siecią internetową. Pierwsze słowo, które wpisałem do wyszukiwarki było N.D.E. oznaczające doświadczenia z pogranicza śmierci. Dlaczego właśnie to słowo? Od kolegi lekarza dowiedziałem się, że Nicola doświadczył podczas operacji usunięcia nowotworu zatrzymania akcji serca - zjawisko dość częste w stanie znieczulenia ogólnego, choć nie powszechne. Wzmianki o tym nie było na karcie chorego mojego syna. W szpitalu wszyscy o tym wiedzieli i szeroko komentowali fakt, że lekarzom i ich rodzinom przytrafiały się zawsze najbardziej rzadkie przypadki. Przypomniałem sobie książkę Moody'ego i opowieści jego pacjentów. Podczas zatrzymania pracy serca mój syn miał NDE: to tłumaczyło dlaczego tak bardzo zmienił się na lepsze, twierdził że widział Jezusa i aniołki - to nie były fantazje kilkuletniego dziecka!
Starałem sobie przypomnieć, co Nicola opowiadał mi po operacji: widział Jezusa, który chodził, unosząc się nad podłogą. Jak 4 letnie dziecko mogło wymyślić sobie podobne szczegóły, które są wyłącznie elementem wizji opisywanych przez mistyków? Nauczyłem się "nawigować" w sieci i ku mojemu największemu zdumieniu znalazłem setki stron poświęconych DNE, oraz ADC - ten ostatni skrót nie był dla mnie jeszcze znany. Dopiero gdy wszedłem na cytowaną wielokrotnie stronę Judy Guggenheim i jej męża Billa, zrozumiałem, że ADC oznacza "kontakty" ze zmarłymi. Na wspomnianej stronie znalazłem opowieści o niezwykłych wydarzeniach, które dla mnie były już znane: zapach kwiatów; sny, w których zmarli są zbyt realni, by być jedynie tworem wyobraźni; muzyka dochodząca z wyłączonych instrumentów; a nawet rozmowy telefoniczne pochodzące z zaświatów. Zatem nie oszaleliśmy z bólu... chyba, że znajdujemy się w domu wariatów wielkim na pół świata. Świadectwa ludzi, którzy mieli doświadczenia identyczne z naszymi były zbyt liczne, abyśmy wszyscy byli chorzy psychicznie!
D: Co wówczas zrobiłeś?

P: Początkowo dużo czytałem, zdobywałem wiedzę dzięki internetowi. Potem zebrałem się na odwagę i napisałem do Judy na jej "Message Board", gdzie wielu zdesperowanych rodziców znalazło pociechę. Odpowiedziała mi natychmiast, z uprzejmością i miłością, którą ta kobieta i jej rodzina obficie obdarzają wszystkich, którzy proszą ich o pomoc. Wkrótce zorganizowali "reading", czyli nawiązanie kontaktu z moim synem, za pośrednictwem Natalie - jasnowidza z Pennsylwanii - drogą internetową, bo mój angielski nie pozwalał mi na rozmowę przez telefon. W praktyce miało wyglądać to następująco: Natalie nawiąże kontakt Nicolą, a ja zadam jej pytania, pisząc na klawiaturze komputera, trochę tak, jak niegdyś robiło się z telegrafem. Datę ustaliła Natalie, która nic nie wiedziała o nas i o Nicoli, na 17 czerwca 1997 roku. Judy poprosiła mnie, bym nic nie opowiadał wcześniej nikomu, nawet jej samej; wiedziała tylko, że straciłem sześcioletnie dziecko, które zmarło na raka.

D: Wydaje mi się, że wcześniej coś mi już powiedziałeś na temat tej szczególnej daty.

P: Tak, wiąże się z nią pewna historia. 4 lata wcześniej, kontrola stanu zdrowia Nicoli, rok po zakończeniu terapii, wykazała, że wszystko jest w porządku. Miało to miejsce 17 czerwca 1993 roku. To był dla nas bardzo szczęśliwy dzień. Postanowiliśmy z kilkoma przyjaciółmi pojechać nad morze i Nicola bawił się na plaży w Anzio, jak to robią dzieci w jego wieku; wydawało się, ze wszystko wróciło do normalności. To dziwne, ale Natalie wybrała na "reading" z moim synem jeden z beztroskich dni, jakie nam były dane od czasu jego choroby - oczywiście dostrzegłem w tym "robotę" Coco'. Wieczorem 17 czerwca usiadłem do komputera i wszedłem do sieci; Judy czekała już na mnie. Dla pewności znalazła tłumacza pochodzenia włoskiego, aby wspomóc mój angielski, którego nauczyłem się w szkole, i który pozostawiał wiele do życzenia. Natalie dołączyła nieco później i natychmiast poinformowała nas, że Nicola był "na linii"! Czułem się głupio, uczestnicząc w seansie spirytystycznym za pomocą komputera... później całkowicie zmieniłem zdanie: ta słodka osoba, jaką jest Natalie, zaczęła podawać zbyt wiele szczegółów na temat Nicoli, aby uważać, że zgaduje.
Powiedziała, że mój syn "przeszedł" z powodu śmiertelnej choroby, przez którą "zatrzymywał płyny" (nie oddawał moczu!), że jego ulubioną zabawką był Tony (Tomy Train, elektryczny pociąg dla dzieci), że bardzo kochał małego misia (to prawda), że pokazywał jej błękitna małpkę (którą podarował babci), oraz, że oczywiście widział nas i dom - na dowód tego poinformował nas, że zmieniliśmy tapetę w saloniku, w którym lubił się bawić!!! Ten ostatni szczegół sprawił, że razem z żoną wybuchliśmy płaczem: wszystko było prawdą. Jak mogliśmy myśleć, że Natalie wszystko sobie wymyśliła? A poza tym... Któryś z domowników, zanim rozpoczął się "reading", poczuł w domu zapach kwiatów, ale o tym nic nikomu nie powiedział. Dowiedziałem się o tym od Nicoli, za pośrednictwem Natalie, który powiedział w jakim pokoju miało miejsce to niezwykłe zjawisko. W późniejszym czasie miałem jeszcze inne liczne "readings" z Natalie i Sunni Welles (zawsze otrzymywałem odpowiedzi ZBYT SZCZEGÓŁOWE, ABY WĄTPIĆ. Dziś wierzę na 99,9999999% w życie po śmierci!).

D: Czy ostatnio miałeś inne sygnały od swego syna?

P: Do dziś czujemy zapachy, odbieramy przesłania pisane włosami na mydle, żarówki migają lub zapalają się same. Tak stało się właśnie wczoraj.
D: Wcześniej wspominałeś coś o trzęsieniu ziemi.

P: Tak. 10 września, po 24 godzinach ciągłych wstrząsów sejsmicznych, poczułem około północy silny zapach kwiatów. Przebywaliśmy wówczas w naszym domku na wsi, gdzie czuliśmy się bezpieczniej. Zapach ten wielce mnie nie zdziwił, jako że znajdowałem się w pobliżu krzaka hortensji, ale mój kuzyn Peppino, który zna się na roślinach, powiedział, że hortensje wogóle nie pachną. Cała noc minęła bez wstrząsów, więc może zapach ten był znakiem od Coco', aby upewnić nas, że trzęsienie ziemi dobiegło końca? Jestem o tym przekonany!D: Jakie wnioski z tego wyciągasz?

P: Teraz jestem pewien, że Coco' nie należy już do nas. Być może jest aniołem, jak tłumaczyła mi Sunni, i że to właśnie on wysyłał te zapachy, aby pomóc nam żyć dalej. Teraz wiem, że - poza wszelką wątpliwością - śmierć jest niczym innym, jak przejściem do innego wymiaru, gdzie wreszcie będziemy szczęśliwi, bo wolni od "ciężkiej" materii, z której zbudowany jest świat i nasze ciała, do świata pokoju, sprawiedliwości i miłości, gdzie nie będziemy płakać za niczym z naszej obecnej rzeczywistości. Nie powinniśmy przywiązywać się do obecnego wymiaru istnienia, ponieważ jest on jedynie bladym odbiciem prawdziwego życia, które nas czeka; życia, w którym czeka na nas Coco' razem z innymi dziećmi odchodzącymi codziennie z naszego świata, pozostawiając swych rodziców "okaleczonych", po "amputacji". Nie na długo, jednak... Tym "braciom w cierpieniu" chcę powiedzieć, że dzieci odchodzą wcześniej, aby otworzyć nam drogę; że przyszli na świat na tak krótko, jedynie po to, aby pomóc nam stawić czoła misji, jaką jest życie w świecie fizycznym. Każdy człowiek ma jedno życie, nawet najbardziej podły i zły; nie zawsze o tym pamiętamy i pogardzamy innymi ludźmi, oceniamy ich i potępiamy według tego, jakimi nam się wydają, a nie według roli, do jakiej wypełnienia są powołani. Bez istnienia zła nie dostrzeżeniemy dobra, jak bez ciemności nie docenilibyśmy istnienia światła.

W głębi serca każdego człowieka, dobrego czy złego, tli się mała boża iskra, ponieważ my wszyscy jesteśmy iskrami z jego Ognia. Zasada jest prosta w formie, ale trudna w praktyce - zostawił nam ją Jezus 2000 lat temu: Kochajcie się wzajemnie, jak ja was umiłowałem - z niej wynikają wszystkie inne.

Na zewnątrz jest jeszcze zimniej; zapadła noc i na to sympatyczne miasteczko wciśnięte między najwyższe szczyty Apeninów Kalabryjsko - Lukańskich pada gęsty śnieg. Jednak ciepła rozmowa z tym lekarzem, jakże różnym od innych znanych mi dotąd, nie pozwala mi drżeć z zimna. Idź do przodu swoją drogą, doktorze. Być może misja, jaką zawierzył ci twój syn polega na leczeniu dusz, nie tylko tych ludzi, którzy przychodzą do twojego gabinetu, ale również i tych, którzy będą czytać tę historię, lub których napotkasz na swojej drodze. źródło: www.ampupage.it

Brak komentarzy: